Back to Ukształtowana Jego Ręką
Dark Romance · 18+

Rozdział 2: Niedzielny obiad 🌶️

Ukształtowana Jego Ręką· 6 min read ·May 12, 2026

Od kiedy zaczęła studia, rzadko wracała do rezydencji Zarembów. Opuszczenie niedzielnego obiadu nie było niczym nowym. Ale Oskar, jako najstarszy syn, miał obowiązek być. Zniknięcie ich obojga naraz — to się nie mogło udać.
Helena najpierw się wściekła, potem zaczęła się martwić, w połowie przekonana, że mieli wypadek. Edmund ją uspokoił. Przy Edmundzie sprawy nigdy nie wymykały się spod kontroli. Kazał wszystkim usiąść i kolacja przeszła spokojnie. Nikt więcej tego nie poruszał.
Kiedy Oskar był prokuratorem, wyglądał tak: ostry garnitur, zimna twarz, jeszcze ostrzejsze oczy, mówił jak najmniej. Zdystansowany i władczy. W sekundzie, w której był w łóżku, stawał się innym mężczyzną. Brał ją w pozycjach, których nigdy by nie wymyśliła, i mówił jej rzeczy, których nigdy by sobie nie wyobraziła. Nie był już niedotykalny. Był zdeprawowanym mężczyzną w eleganckim garniturze, który nie mógł się nasycić jej ciałem.
Ledwo złapała oddech, kiedy usłyszała, jak znowu rozmawia przez telefon — współpracownik informował go o sprawie handlu ludźmi przez internet.
Odłożył telefon. Zobaczył, że patrzy. Wiedział, że wszystko słyszała. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwała się tym swoim płaskim, szkolnym tonem: – Mój ojciec jest niewinny.
– Dowody?
– Gdyby naprawdę był tym, kto za tym stoi, sprawa byłaby zamknięta jedenaście lat temu. Czemu nagle wróciła?
Zamknął jej to bez wysiłku. – Cały czas łapiemy morderców. Ludzie wciąż są mordowani.
– Wiesz, że nie o to chodzi. Nie przekręcaj moich słów. – Nakręcała się za każdym razem, kiedy to wychodziło. – Był kozłem ofiarnym. Nie ma opcji, żeby dowody wskazywały dokładnie na jedną osobę. Nie wydaje ci się to dziwne? Był dla mnie dobry, kochał mnie — nie mógł tego zrobić…
– Pierwszą część puszczę. – Twarz mu nie drgnęła. – Ostatnią słyszę w sądzie codziennie. Ado. To, czy cię kochał, nie ma nic wspólnego z tym, czy popełnił przestępstwo. Wielu z nich wpakowało się w brudy właśnie przez swoje dzieci.
– Wiem… – głos jej opadł. – No to jeśli ta nowa sprawa jest powiązana — jeśli został niesłusznie skazany — da się ją wznowić?
– Jeszcze tam nie jestem.
– A jeśli się da — to czy…
Zakrył jej usta ręką, zanim skończyła. Pochylił się nad nią. – Przestań pytać. To, co pozwoliłem ci usłyszeć, wystarczy.
Potem się ubrali i wyszli. Poza apartamentem wyglądali jak z żurnala. Jedynym zniszczeniem było łóżko.
Oskar podrzucił ją do Prokuratury Okręgowej. Powiedział, że odbierze ją po pracy. Odpowiedziała, że zostaje dłużej.
Stażystka, która dopiero co zaczęła — czym naprawdę miała być tak zajęta? Oskar to wiedział, ale nie naciskał. Sam miał robotę. Odjechał.
Sprawa o handel ludźmi z 2014 roku, która wstrząsnęła całym krajem, wciągnęła Piękniewskich w światło reflektorów, z którego nie mogli się wydostać. Ada miała dziesięć lat w dniu, kiedy CBA weszło do ich domu i wyprowadzili ojca w kajdankach. Kamery stały murem i nie obchodziło ich, że jest dzieckiem. Sfotografowali ją razem z resztą domowników. Dla nich była przedłużeniem oskarżonego Prokuratora Okręgowego — grzechem pierworodnym w szkolnym mundurku. Sąsiedzi z domu w Wilanowie zaczęli na nią krzyczeć przez płot. Dzieciaki w prywatnym liceum zaczęły ją pchać na korytarzach. W końcu się wyprowadzili, zmieniła szkołę i minęły lata, i jakoś ucichło.
Jedenaście lat później. Ludzie najwyraźniej wciąż pamiętali. Na spotkaniu dziś rano inni stażyści ciągle na nią zerkali i szeptali.
Ada nie reagowała na nic z tego. Nie mogła kontrolować cudzych języków. Żyj i daj żyć.
Ale w Prokuraturze Okręgowej było pełno ludzi z koneksjami i wielu z nich to były dzieciaki ze starych rodzin, które pamiętały aferę Piękniewskich sprzed jedenastu lat — a nawet jej imię. Ktoś postanowił go użyć.
– Operacja Słowik, 2014. Ktoś pamięta? Sprawa o wykorzystywanie przez internet.
– No jasne. Ta, która pogrążyła Augusta Piękniewskiego. Był Prokuratorem Okręgowym — chronił handlarzy ludźmi i brał łapówki. Dzięki Bogu w końcu go dorwali. Dali mu pełen wymiar kary, dwadzieścia dwa lata więzienia.
Ada zbladła. Ciało jej zesztywniało. Grupka po drugiej stronie sali konferencyjnej ośmieliła się, widząc to.
– Skonfiskowali wszystko — nieruchomości, konta. Trzy pokolenia Piękniewskich nie zmyją tej nazwy.
– Aresztowali go w holu domu. Żona uciekła. Zostawiła córkę. Smutna historia.
– Co tu smutnego? Brał łapówki za handel ludźmi. To nie smutne. To zasłużone.
Ada potrafiła puścić wiele rzeczy mimo uszu. Tego nie.
Odsunęła krzesło i podeszła do nich. Cicho, sylaba po sylabie.
– Zamknijcie. Się.
Dziewczyna najbliżej niej przewróciła oczami. – Omawiamy sprawę. Nie wtrącaj się. Za kogo ty się uważasz? Za tę naznaczoną córkę od brudnych pieniędzy, bo tym właśnie jesteś.
Utrzymała kontrolę. Ledwo.
Pozostałe dwie zmierzyły ją wzrokiem z otwartym obrzydzeniem. – Serio, nie wiem, jak cię tu zatrudnili. Jeśli naprawdę jesteś córką Augusta Piękniewskiego, twoje poświadczenie bezpieczeństwa nie powinno było przejść.
– Niedaleko pada jabłko od jabłoni — pewnie weszła tak samo jak on.
– Matko Boska. Brudna.
Krew uderzyła jej do głowy. Pokój się przechylił. Wróciła do krzesła, chwyciła ciężki szklany dzbanek z wodą i cisnęła prosto w nie.
Sala konferencyjna wybuchła jak bomba.
Potem zaczął się krzyk.
Ochrona budynku to usłyszała. Przełożony to usłyszał. Każdego stażystę ochrzaniono. Tych z bójki ściągnięto do gabinetu na zeznania, a potem wysłano do archiwum, żeby „się nad sobą zastanowili”.
Dzbanek nikogo nie trafił, na szczęście, bo komuś by rozbił głowę. Ale ta trójka nie zamierzała odpuścić. Chciały eskalować. Chciały, żeby Ada zapłaciła za szkody. W końcu jakoś to się wygładziło i poproszono ją o pisemne przeprosiny. Napisała je. Tak naprawdę nie przeprosiła.
Wiedziała, że nie odpuszczą. Jedna była siostrzenicą wiceprezydenta Warszawy. Druga córką komendanta policji. Trzecia kimś równie wpływowym. Powiedziały jej wprost: – Taka dziwka jak ty nie ma czego szukać w prokuraturze. Komu obciągnęłaś, żeby tu wejść? Zobaczysz — doniosę na ciebie. Załatwię cię.
Ale nie bała się. Nie wiedziała do końca czemu. Po prostu się nie bała.
Następnego dnia każdy starszy prokurator i naczelnik wydziału odbył z nią rozmowę, jeden po drugim, zachęcając do rezygnacji ze stażu. Odmówiła.
Potem nikt z nią nie rozmawiał. Wszyscy się od niej odsuwali albo szeptali, kiedy przechodziła. Nie reagowała. Robiła swoje. Miała w sobie taki spokój, który zwracał uwagę.
Gorsze rzeczy słyszała od młodszych lat. Obecne zimne ramię to było nic.
Ale robiło się poważniej — ktoś złożył oficjalne zawiadomienie do Wydziału Kontroli Wewnętrznej Prokuratury, że jest córką skazanego Augusta Piękniewskiego i jej poświadczenie bezpieczeństwa nie powinno było przejść. Że coś tu śmierdzi.
Wszyscy w biurze uznali, że sama sobie na to zasłużyła. Z taką kartoteką w rodzinie powinna siedzieć cicho. Zachowywała się jak księżniczka i teraz się spaliła. Dobrze jej tak.
Wydział Kontroli Wewnętrznej działał sprawnie. Trzy dni po złożeniu skargi przyszła decyzja.
Wszyscy w biurze czekali, aż prokuratura dostanie reprymendę. Chcieli zobaczyć, kto za nią naprawdę stoi.
Decyzja przyszła i nikt nie mógł uwierzyć.
Opiekunem prawnym Adelajdy Piękniewskiej nie był August Piękniewski. Jej poświadczenie bezpieczeństwa przeszło prawidłowo. Osoby składające skargę miały postępowanie za fałszywe zawiadomienie, a sprawę przekazano rzecznikowi dyscyplinarnemu Prokuratury Okręgowej. Co do zarzutów, że wyruchała sobie drogę do środka — zbyt ogólnikowe, brak dowodów, umorzone.
Niezły zwrot akcji.
Gdyby August wciąż był tym samym Augustem, nikt by nie mrugnął okiem. Kłanialiby się jej. Ale siedział w zakładzie karnym od jedenastu lat i nikt się nie kłaniał od dekady. Odwrócili się znowu. Mówili, że to karma, że sprawiedliwość istnieje, że prawda wygrywa. W kuluarach mówili, że Adelajda Piękniewska na pewno ma kogoś za sobą i ten ktoś jest nie mniejszy niż Piękniewscy za starych czasów. Może nawet większy.
Czego nie wiedzieli, to że żeby to wszystko się rozeszło, Ada spędziła ostatnie kilka nocy u Oskara.
Rano robiła mu lodówkę, kazała jej nie odbierać. Wieczorem to ona dzwoniła.
W sekundzie, w której odebrał, mruknął cicho. – Mm?
Nisko. Przeciągle. Jakby wiedział.
Nigdy nie dzwoniła pierwsza, chyba że czegoś chciała. Domyślał się czego.
– Skończyłeś na dziś?
– Jeszcze nie. – Powoli. – A co?
– Chciałam… zapytać. Jedziesz dziś do tego miejsca?
Tego miejsca. Wiedział, o które chodzi.
Zaśmiał się cicho. Głos mu zmiękł. – Chcesz, żebym tam był, czy nie?
Nie zamierzała na to odpowiadać. – Nieważne. I tak jadę do tego miejsca.

⸻ End of Chapter ⸻
All chapters of Ukształtowana Jego Ręką
Comments open to subscribers