Back to Zrujnuj mnie jeszcze raz
Dark Romance · 18+

Rozdział 1: Tak bardzo lubisz flirtować z facetami? 🌶️

Zrujnuj mnie jeszcze raz· 6 min read ·May 11, 2026

Światła w Zaułku biły jak policzek — neon pulsował fioletem i czerwienią, bas dudnił tak mocno, że lód w szklance dzwonił. Na parkiecie kobiety i mężczyźni ocierali się o siebie w ciasnych, spoconych kłębach, biodrami kołysząc jak do jakiejś bezbożnej modlitwy.
– Stella Krasowska wróciła.
Maks właśnie odpalał papierosa, kiedy padły te słowa. Kciuk na Zippo, mały język ognia osłonięty dłońmi, złote światło migoczące na krawędzi jego szczęki. Nie podniósł wzroku. Nic nie odpowiedział. Zaciągnął się powoli, pozwolił dymowi wypełnić płuca do końca, po czym rzucił zapalniczkę na szklany stolik i opadł na skórzaną lożę, kostką założoną na drugie kolano.
Wzrok trzymał w jednym punkcie na parkiecie. Nie spojrzał na gościa, który mówił. Nie dał po sobie poznać, że w ogóle słyszał.
Rafał Podgórski wyciągnął ich dziś wieczorem. Mówił, że jest nowy klub na Powiślu. Mówił, że powinni sprawdzić. Feliks Bielecki przyszedł, bo Feliks zawsze przychodził. Byli nierozłączni od liceum — każda rubryka plotkarska i portal towarzyski w Warszawie o tym wiedział. Dziedzic Witkowskich, dziedzic Podgórskich, dziedzic Bieleckich. Przyklejeni do siebie od dziesiątego roku życia.
Feliks zerknął na twarz Maksa, trącił Rafała łokciem i uniósł brew — bezgłośne co mu jest.
Rafał zacisnął zęby na filtrze swojego papierosa i podniósł szklankę, stukając o szklankę Maksa.
– Czemu taki cichy, Maks?
Maks rzucił mu okiem, papieros wciąż między palcami. Nie odpowiedział.
Stella Krasowska wróciła.
Te słowa przetoczyły się przez jego głowę jeszcze raz, zanim dotarło do niego, co naprawdę znaczyły.
– Mówię tylko, co słyszałem – rzucił Rafał, bo Maks i tak nie zamierzał się odezwać. – Wiesz, jakim to było bagnem. Ciężko nie wiedzieć, że wróciła.
– Mhm.
– To tyle? „Mhm”? – Rafał wytrzeszczył na niego oczy. – Jesteś jak pierdolony posąg. Możesz z nami pogadać, wiesz?
Maks wlał resztkę whisky do gardła jednym powolnym ruchem. Jabłko Adama podskoczyło. Kiedy odstawił pustą szklankę, jego głos był znudzony, równy, idealnie płaski.
– Nie ma o czym gadać.
Siedem lat to kawał czasu. Przeszłość. Czy Stella Krasowska wróciła do Warszawy, czy siedziała na Antarktydzie — nic to nie zmieniało w życiu Maksa. Dalej był tym samym facetem, którego kawałek chciało mieć całe miasto. Był wtedy. Był nadal.
Rafał otworzył usta, żeby coś dodać — ale w sąsiedniej loży butelka rozbiła się o drugą butelkę tak głośno, że pół sali się obejrzało. Rafał i Feliks odwrócili się z resztą, wychylając się, żeby obczaić, bo tak już Rafał i Feliks mieli. Byli wścibscy jak cholera.
Maks się nie ruszył. Miał to w dupie. Siedział dokładnie tam, gdzie siedział, kostka na kolanie, wzrok w tym samym punkcie na parkiecie.
A potem Rafał i Feliks wstali w tym samym momencie.
– O kurwa – wyrwało się Feliksowi.
Rafał wbił łokieć w biceps Maksa. Maks go zignorował. Rafał wbił jeszcze raz. I trzeci raz — aż w końcu Maks warknął:
– Rafał. Co.
– To jest, kurwa, ona. – Głos Rafała był cichy, ale ostry jak brzytwa. – To Stella.
Maks zamarł na pół sekundy. Potem się odwrócił i spojrzał.
Stała w sąsiedniej loży, drink w ręku, otoczona facetami w garniturach dwa razy od niej starszymi. Wysoka — jeszcze wyższa na obcasach — a sukienka miała tak głęboką czerwień, że w cieniu wyglądała na czarną. Bez ramiączek, rozcięcie do biodra, obciskająca na tyle, że wyglądała, jakby jednym oddechem miała z niej wyskoczyć. Ciemne włosy przerzucone na jedno ramię, odsłaniając długą linię szyi. Z uszu zwisały absurdalne, przyciągające wzrok kolczyki w kształcie nut. Z kryształkami. Stanowczo za dużo.
Wyglądała, krótko mówiąc, jak kłopoty na obcasach.
Mnóstwo kobiet wyglądało jak Stella Krasowska. Mnóstwo kobiet nie wyglądało jak Stella Krasowska i i tak ktoś je z nią mylił. Ale ich trójka w tej loży znała znak rozpoznawczy — ten, którego nikt inny by nie wyłapał. Był na lewym bicepsie. Tatuaż więdnącej róży, płatki miękkie i nadgniłe na brzegach, celowo wytatuowany na płaskiej, okrągłej bliźnie pod spodem: przypalenie papierosem, wciśniętym w skórę i przytrzymanym. Wytatuowała różę prosto na poparzeniu. Róża wyglądała, jakby oparzenie pożerało ją od środka.
To była ona.
Stukała się szklanką z tym starszym facetem obok, śmiejąc się z czegoś, co rzucił, na tyle głośno, że Maks wyłapał barwę jej głosu ponad basem.
– Panie Karpiński, proszę — pan mnie rozpieszcza. Staram się tylko utrzymać pańskie zainteresowanie. Niech pan wpada częściej.
To był ten rodzaj flirtu, który nawet nie udawał, że flirtem nie jest. Ręka na jego rękawie. Oczy spod rzęs. Biodro wystawione w rozcięciu. Bezwstydnie.
Maks patrzył na to wszystko i czuł, jak wspomnienie Stelli Krasowskiej powoli nakłada się na kobietę przed nim. Prawie się pokrywały. Prawie. Stella w jego głowie miała osiemnaście lat, była chudsza i wścieklejsza; ta Stella przed nim miała coś innego — wypolerowaną, uzbrojona wersję tego samego. Gdzie osiemnastolatka była ładna, ta była czymś bliskim pierdolonej broni. Uważał ją za piękną, kiedy miała osiemnaście lat. Teraz, patrząc, jak obrabia tego sześćdziesięciolatka, jak panuje nad własnym ciałem w tej sukience —
Stwardniał, zanim zdążył o tym pomyśleć.
Tak samo jak za pierwszym razem.
Siedem lat temu, w drzwiach innego baru, pierwszą rzeczą, jaką chciał zrobić, kiedy na nią spojrzał, było ją zerżnąć.
Pierwszą rzeczą, jaką chciał zrobić teraz, było to samo.
Patrzył dalej, ze ściśniętą szczęką, kiedy Stella skończyła jeszcze dwa drinki z facetami w loży i w końcu się odkleiła, idąc w stronę tyłów klubu. Nie spojrzała w jego kierunku. Nie miała pojęcia, że ktoś ją obserwuje. Nie mrugnął, dopóki nie zniknęła w korytarzu.
Rafał pomachał mu ręką przed twarzą.
– Hej. Hej. Ziemia do Maksa. Wróć do nas. – Kiedy Maks w końcu na niego spojrzał, Rafał wyszczerzył się. – Nie spodziewałeś się, że dziś na nią wpadniemy, co?
Feliks zaśmiał się pod nosem, takim cichym, świszczącym śmiechem.
– Zabawne. Mógłbym przysiąc, że ktoś w tej loży przed chwilą mówił „nie ma o czym gadać”. Wystarczyło mu pół sekundy, żeby przykleić wzrok do jej tyłka.
Maks nie zareagował. Wstał, poprawił marynarkę na ramionach, poprawił mankiet. Twarz miał idealnie pustą, ale głos, kiedy się odezwał, był na tyle zimny, żeby zdusić rozmowę w zarodku.
– Łazienka.
Wyszedł.
Stella opierała obie dłonie o chłodny marmur blatu w łazience, z głową pochyloną nisko, wyrzucając z żołądka resztki whisky.
Kiedy nie było już czego zwracać, odkręciła wodę i przepłukała usta, nabrała dwie garście i chlusnęła sobie w twarz, po czym powoli się wyprostowała.
Miała oczy podkrążone na czerwono od alkoholu. Na kościach policzkowych siedział rumieniec, który prawie wyglądał na słodki, prawie różowy. Złapała swoje odbicie w złoconym lustrze nad umywalką i omal się nie roześmiała.
Stella Krasowska wyglądała jak Stella Krasowska. Stella Krasowska zawsze wyglądała jak Stella Krasowska. Te długie, uniesione w kącikach, lisie oczy, które obiecywały więcej, niż zamierzała; głęboki dekolt czerwonej sukienki, który z każdym oddechem wpychał jej biust w głębszą szczelinę; kosmyki włosów wymykające się przy skroniach. Pijana była jeszcze ładniejsza — bardziej rozchełstana, bardziej wilgotna, usta ciemniejszą czerwienią. Lisiooka właścicielka baru, dla której faceci trzydzieści lat starsi wypisywali czeki za bottle service, jakby to było nic. Sama to sobie zbudowała. No jasne, że tak.
Postała przy blacie jeszcze chwilę, czekając, aż pokój przestanie się przechylać, a potem odwróciła się, żeby wyjść.
Nie zrobiła trzech kroków.
Ramię owinęło się wokół jej talii, mocno i szybko, i została wciągnięta do najbliższej kabiny, zanim zdążyła ogarnąć, co się dzieje. Zamek szczęknął za nią. Plecami uderzyła o metalową ścianę i dłoń zasłoniła jej usta, zanim zdołała krzyknąć. Serce podskoczyło jej do gardła. Zimny pot wykwitł na skroniach i spłynął po bokach twarzy. Każdy mięsień w ciele się zablokował.
Za nią stał mężczyzna. Wystarczająco duży, żeby ją całkowicie zasłonić. Jego zapach wypełnił ciasną kabinę — dym papierosowy, droga woda kolońska, coś ciemniejszego pod spodem. Whisky w oddechu.
Wspomnienia uderzyły jak fala.
Znała to ciało. Znała ten zapach.
Jego oddech przesunął się powoli po boku jej szyi, gorąco rozchodząc się w dół do obojczyka z każdym uderzeniem jego tętna. Jedna ręka opuściła jej usta i zjechała niżej — po brzuchu, za brzeg sukienki, między uda, przez cienki materiał — druga podniosła się i objęła jej pierś przez stanik, ugniatając wystarczająco mocno, żeby wyrwać jej westchnienie.
Zlizał kroplę potu z jej szczęki, powoli, a jego głos — niski, szorstki, zachrypnięty od whisky — wyszeptał jej do ucha:
– Stella. Tak lubisz flirtować z facetami, co? Siedem lat temu też to robiłaś. I dalej robisz.
Mózg jej się wyłączył na sekundę.
Potem wrócił.
Szarpnęła się w jego uścisku, kręcąc się, aż zdołała odwrócić twarz na tyle, żeby zobaczyć, kto to.
W sekundzie, kiedy go zobaczyła, serce jej stanęło.
Siedem lat to kawał czasu. Ale wiedziała od jednego spojrzenia, kto dokładnie przyciska ją do tych drzwi.
Jej eks. Sprzed siedmiu lat.
Maksymilian Witkowski.

⸻ End of Chapter ⸻
All chapters of Zrujnuj mnie jeszcze raz
Comments open to subscribers